Moje Boże Narodzenie. Dwugłos

25 grudnia 2013 10:02Komentowanie nie jest możliweViews: 639

Justyna Mach, żona Artura, mama trójki dzieci, pedagog w Przedszkolu św. Józefa w Rzeszowie, członek Ruchu Światło-Życie

Niedawno mój syn pisał krótkie opowiadanie na temat istoty świąt Bożego Narodzenia. Na pierwszym miejscu ujął spędzenie ich w gronie rodziny, we wzajemnym szacunku i miłości. Pomyślałam sobie – trochę ze smutkiem – że przecież nie o to chodzi, a przynajmniej nie to jest najistotniejsze. Uświadomiłam sobie wówczas dwie rzeczy. Po pierwsze, że muszę jak najszybciej porozmawiać z moimi dziećmi i przypomnieć im, że to nie są „grudniowe, magiczne, rodzinne święta”, ale pamiątka przyjścia na świat wcielonego, żywego Boga! A po drugie: że bardzo łatwo w krzątaninie i zabieganiu zapomnieć o tym, co tak naprawdę świętujemy.

Zawsze staramy się z mężem włączać nasze dzieci w przedświąteczne przygotowania: sprzątanie, pieczenie, strojenie domu, robienie zakupów. Chcemy, żeby wiedziały, że szykujemy się na coś wyjątkowego i dlatego nawet dom i jego otoczenie powinno odświętnie wyglądać i pachnieć. Przede wszystkim staramy się jednak zaszczepić w nich świadomość, że wszystko to powinno się komponować z podobnymi porządkami uczynionymi we własnym sercu. Dlatego w Adwencie zaproponowaliśmy podjęcie przez członków naszej rodziny postanowień adwentowych. Choć nie wszystkie udało się zrealizować, to myślę, że każdy z nas starał się ofiarować Jezusowi małe zwycięstwa nad swoimi wadami. Dziś postawa ofiarności nie jest zbyt modna; uczy się nas, że wszystko powinno być łatwe i szybkie do osiągnięcia. Dlatego cieszę się z postanowień i pracy nad sobą – mojej i moich bliskich. Najważniejszym bezpośrednim przygotowaniem przedświątecznym w naszej rodzinie jest spowiedź święta.

Bliskość z kochanymi osobami w świąteczny czas powinna być efektem obecności Boga w sercu. Tak właśnie przedstawiłam sprawę mojemu synowi, który – poprawiając szkolne zadanie – na samym początku napisał, że w świętach Bożego Narodzenia najistotniejsze jest, żeby nie zapomnieć o narodzeniu Jezusa.


Jaromir Kwiatkowski, mąż Renaty, ojciec Karoliny i Kamili, dziadek Wiktorii, dziennikarz, redaktor naczelny Dziennika Parafialnego, od 1989 r. uczestniczy wraz z żoną w Ruchu Domowy Kościół (kręgi rodzin)

Z biegiem lat obserwuję nasilające się próby komercjalizacji i zeświecczania świąt Bożego Narodzenia. Generalnie nie przepadam za bieganiem po galeriach handlowych, a już szczególnie nie lubię tego w listopadzie i grudniu. Dlaczego? Ze względu na… płynące z głośników kolędy. Jeszcze dobrze nie wystygły znicze na grobach naszych bliskich, postawione w Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, a już w galeriach rozlega się głośne „Merry Christmas”. Tak, właśnie „Merry Christmas”, bo polskie, cudowne kolędy są coraz częściej rugowane przez ich anglosaskie i amerykańskie odpowiedniki. A wszystko to nie ma tworzyć klimatu do świętowania, tylko do konsumpcji. Kupować, kupować jak najwięcej, ku radości właścicieli sklepów…

Nacisk politycznej poprawności powoduje, że zmieniają się także (choć, na szczęście, nie wszędzie) tzw. zakładowe wigilie. Znam firmy, w których nie są już one nawet nazywane wigiliami, tylko „spotkaniami świątecznymi”, znika zwyczaj łamania się opłatkiem i śpiew kolęd, choć jeszcze kilka lat temu nikomu to nie przeszkadzało. W zamian pojawia się inny zwyczaj: „życzenia” prezesa, który dokonuje dziwnych łamańców językowych, byle tylko nie zająknąć się, o jakie właściwie święta chodzi.

W telewizji słyszę, że w przygotowaniach do świąt najwięcej czasu zajmuje nam sprzątanie, tuż za nim zakupy i pieczenie. Ich efekt to zmęczenie, rozładowane dwoma dniami „byczenia się” i obżarstwa. Dwoma dniami „wolnymi”, a niekoniecznie „świątecznymi”.

Czy rzeczywiście chcemy takich świąt?

W moim domu – nie chcemy. Dlatego co roku staramy się przywracać świętom Bożego Narodzenia właściwą hierarchię wartości. Prezenty? Skromne i kupione zazwyczaj podczas jednego, maksymalnie krótkiego wyjścia na zakupy. Gotowanie, pieczenie? Tylko w takim wymiarze, w jakim jest to niezbędnie konieczne, bo wychodzimy z założenia, że człowiek w czasie świąt ma taki sam żołądek jak w inne dni (mamy to szczęście, że wigilia odbywa się od lat w naszym domu, ma charakter czteropokoleniowy, gromadzi kilkanaście osób i możemy się podzielić tym, kto za jakie potrawy jest odpowiedzialny). Sprzątanie? Owszem, ale nie staje się to u nas „liturgią sprzątania” (już więcej czasu zajmuje nam przyozdobienie domu świątecznymi akcentami).

Parę razy zbulwersowałem znajomych, gdy na ich pytanie, jak idą przygotowania do świąt, odpowiadałem, że najważniejsze przygotowanie już za mną – byłem u spowiedzi. A reszta nie ma już takiego znaczenia.

Nie neguję otoczki świąt. Cieszę się z prezentów znalezionych pod choinką (zwłaszcza z dobrych książek). Cieszę się, że w tym roku mamy najpiękniejszą, żywą choinkę od kilku lat. Cieszę się, że świąteczne akcenty w mieszkaniu powodują, iż jest ono tak ciepłe i przytulne, jak nigdy w ciągu roku. Ale jaki sens miałoby to wszystko, gdyby wszechmocny Bóg, z miłości do ludzi, nie stał się bezbronnym człowiekiem i nie przyszedł na świat w betlejemskiej stajence? Gdybym, zamiast przywitać małego Jezusa podczas nocnej Pasterki, przespał tę noc, no bo w końcu po tylu przygotowaniach mam prawo czuć się zmęczony?

Poleć innym!

  • Facebook
  • Twitter
  • Delicious
  • LinkedIn
  • StumbleUpon
  • Add to favorites
  • Email
  • RSS

Dyskusja

Tagi:
Email
Print
WP Socializer Aakash Web