Żona i Kościół – dwie oblubienice mężczyzny

18 lipca 2016 08:30Komentowanie nie jest możliweViews: 270

gabriela i piotr matułowie 2edyta i jacek rybkowieMówią Jacek Rybka, Supply Chain Director w Pratt&Whitney Rzeszów, i Piotr Matuła, informatyk z Rzeszowa. Obaj na drodze neokatechumenalnej.

Być mężczyzną, to znaczy kim?

Obaj moi rozmówcy zgadzają się, że podstawową cechą prawdziwego mężczyzny jest odpowiedzialność.

Piotr: Mężczyzna to człowiek, który bierze odpowiedzialność najpierw za siebie, ale później także za inne osoby: żonę, dzieci.

Jacek: Bierze odpowiedzialność za przekazanie wiary dzieciom jako ten, który jest głową rodziny. Mężczyzna, ojciec ma z dziećmi rozmawiać. A facet – mówię tu za siebie – jest do rozmowy z dziećmi niespecjalnie skory. Mężczyzna to człowiek odpowiedzialny nie tylko za bieżące decyzje, ale także w długiej perspektywie – za siebie, żonę, dzieci, ich wychowanie.

Mężczyzna w rodzinie jest pewną formą bezpieczeństwa, szczególnie dla dzieci, ale także dla żony. W tym sensie, że jak jest w domu, to domownicy czują się bezpiecznie, bez względu na to co się dzieje. W sytuacjach zagrożenia wzrok biegnie w kierunku mężczyzny, który ma “zarządzić tym kryzysem”. Rodzina oczekuje, że w takiej sytuacji okaże się tym, który podejmie właściwe decyzje. Ale żeby nie mówić tylko o wielkiej odpowiedzialności, powiem, że widzę, jak np. dla dzieci jest ważne, by tata, mężczyzna, miał poczucie humoru, pobawił się klockami, zagrał w piłkę z chłopakami, pogadał z córką o problemach. To jest “miękka strona” natury ojca, mężczyzny. Ale cały czas sprowadza się to do tego, że jest ktoś, kto jest ostoją w domu. Skałą, oparciem, punktem odniesienia.

Zdaniem Jacka i Piotra, z odpowiedzialności wynikają także inne cechy mężczyzny, można by rzec takie, które czynią go współczesnym rycerzem – honor, lojalność, odwaga, konsekwencja.

Piotr: Odpowiedzialny mężczyzna idzie do szkoły bronić swego dziecka, jeżeli mu coś zagraża. Bo normalnie ojciec powiedziałby: “żono, idź i załatw tę sprawę”. Przynajmniej ja bym tak zrobił, bo jestem pierwszy, który ucieka. Ale odpowiedzialność przynagla mężczyznę do tego, by brać sprawy w swoje ręce. Żona może by to lepiej załatwiła, bo jest bardziej wygadana, ale to mężczyzna powinien pójść i załatwić sprawę.

Pierwsza oblubienica – żona

Jacek: Mam doświadczenie wielkiego błogosławieństwa, że spotkałem taką żonę, a nie inną. W takim sensie, że z chłopca uczyniła mężczyznę. Nie byłem chętny do podejmowania decyzji, ukształtowałem się jako chłopak wycofany, który szuka świętego spokoju. Wchodząc w małżeństwo, taką miałem wizję mojego funkcjonowania. A żona wyciąga mnie ze strefy komfortu, wymaga ode mnie, bym podejmował decyzje ważne dla rodziny. Cały czas pyta: co myślisz, co ty na to, jak zdecydujemy. Edyta wykonała rewelacyjną pracę kształtując moją figurę jako ojca, mężczyzny odpowiedzialnego za rodzinę. A teraz mam “komfort” relacji z dziećmi w takim sensie, że to, co powiem, jest decyzją. “Potrzebujecie pieniędzy – idźcie do ojca, potrzebujecie, żebyśmy podpisali zgodę na wycieczkę – porozmawiajcie z ojcem”. Kształtowanie tej figury i zmuszanie mnie do tego, żebym angażował się w życie rodziny i brał odpowiedzialność za decyzje, które podejmuję, bardzo mi pomogły w przyjęciu tej roli, ale i w tym, żeby dobrze się z tym czuć.

Piotr: Z perspektywy historii naszego małżeństwa widzę, że Bóg dał mi żonę jako najlepsze “narzędzie”, żeby mnie prostować, pomóc mi być mężczyzną. Mam taki charakter, że jestem człowiekiem zamkniętym, nie lubię dużo mówić. Kiedy poznałem moją żonę, okazało się, że jest pod tym względem moim przeciwieństwem. Kiedy pojawiały się problemy, ja je wrzucałem w takie miejsce, żeby sobie trochę poleżały na później, a żona chciała mieć rozwiązanie już i niesamowicie – co mnie bardzo denerwowało – mobilizowała mnie do tego, żeby podejmować decyzje. To się rozciąga również na sferę wychowania dzieci. Żona mówiła: “porozmawiaj na ten temat z tatą, niech on podejmuje decyzje”. Wolałbym, żeby to ona podejmowała decyzje, ale takie jej działanie bardzo mi pomagało w stawaniu się mężczyzną, ponieważ mierzyłem się z problemami.

Druga oblubienica – Kościół

Słuchając moich rozmówców zauważam, ze nie da się obu tych oblubienic – żony i Kościoła – rozdzielić. Co jest rzeczą naturalną, bowiem obaj realizują swoje małżeństwa w Kościele.

Jacek: Na samym początku, jak się poznaliśmy, weszliśmy we wspólnotę w Kościele, która bardzo nam pomogła poukładać, jak powinny wyglądać małżeństwo i rodzina, pomogła zrozumieć nam siebie samych ze wszystkimi naszymi problemami i dojść do momentu szczerej rozmowy na te tematy. To wszystko było tłem do dialogu oraz mobilizowania mnie przez żonę do wypełniania funkcji mężczyzny, męża i ojca. Gdyby tego nie było, to byłaby pewnie małżeńska jatka i spór na zasadzie, że każdy broni swoich pozycji.

Mówi się, że facet ma być głową domu. Ale co to znaczy? Ma o wszystkim decydować, być wyrocznią? A z drugiej strony ma daną pomoc – oblubienicę, żonę, której powinien się trochę słuchać. Samo wypracowanie modelu komunikacji w małżeństwie na gruncie tego, co Kościół proponuje, jest rewelacyjnym rozwiązaniem. Wiadomo, że wiele razy się kłócimy, mamy różne punkty widzenia, natomiast doświadczenie wzajemnego przebaczania w małżeństwie jest czymś niesamowitym. Kłótnia w małżeństwie jest jak dobra burza, po której jest fajne powietrze. I wszyscy chcą siedzieć na polu i oddychać tym świeżym powietrzem.

Wiele osób traktuje to, co mówi Kościół, jako “wcinanie się” w ich życie osobiste. Ale odkrycie na serio tego, co Kościół ma do zaproponowania małżeństwu czy rodzinie, poeksperymentowanie z tym samemu i zobaczenie, że to działa i daje wielką radość bycia razem, jest dla mnie niesamowite.

Piotr: W Piśmie św. czytamy: “Żony niechaj będą poddane swym mężom” (Ef 5, 22). Bardzo często na to zdanie oburza się świat, feministki. Ale jak popatrzymy na ten fragment Listu do Efezjan, to zauważymy, że o wiele większa część dotyczy stosunku mężczyzn do swoich żon: “Mężowie miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie” Ef 5, 25). To pierwsze  zdanie wypływa z drugiego. Zazwyczaj jest tak, że chciałbym mieć święty spokój i zajmować się tylko swoimi sprawami. Ale w momencie, kiedy dana jest mi łaska, by wychodzić z tego i pomagać żonie, oddawać jej cząstkę czasu, życia, kiedy żona doświadcza miłości ode mnie, to okazuje się, że to pierwsze dzieje się jakby automatycznie. Puentując, mogę powiedzieć, że powoli odkrywam, iż Bóg dał mi skarb, jakim jest moja żona, żeby mnie doprowadzić do bycia mężczyzną. W moim przypadku chyba jeszcze do tego daleko (śmiech).

Jacek: Magisterium Kościoła na każdy temat – wychowania dzieci, relacji w małżeństwie czy współżycia małżeńskiego – daje nam podpowiedź, jak to powinno funkcjonować, żeby przynosiło radość i zadowolenie. Odkrywanie tego poprzez posługę Kościoła w różnych wspólnotach jest rewelacyjne. Czy było moim życiu jakieś przełomowe zdarzenie? Sam fakt, że we wspólnocie trzeba było przygotować wprowadzenie i wyjść coś powiedzieć, wyciągał mnie ze strefy spokoju i komfortu. Natomiast dopiero doświadczenie pojednania z historią mojego życia i przebaczenia tego, co człowiek już nabroił, dało mi możliwość podniesienia głowy. W tym aspekcie ta Oblubienica – Kościół, była bardzo pomocna. W takim sensie, że pomogła położyć fundamenty, na których można było budować moje normalne funkcjonowanie jako mężczyzny, ojca. Nie wyobrażam sobie, gdzie bym teraz był, gdyby nie historia mojej obecności w Kościele. Doświadczenie tego, iż Pan Bóg cię nie przekreślił, że kocha cię każdego dnia, w każdej sytuacji, że jak upadniesz, możesz wstać – daje tyle odwagi do codziennej walki, że możesz wstać i ruszać dalej. Gdyby tego nie było, to jak bym sobie poradził? Miałbym dużo pieniędzy i znajomości? Kościół, jak dla mnie, robi tu rewelacyjną robotę.

Piotr: Ci, co mnie znają, widzą, że Bóg, Kościół zrobił ze mną niesamowitą robotę, jeżeli chodzi o bycie mężczyzną,. Był czas mojego kryzysu, kiedy jeszcze nosiłem długie włosy i trudno mi było nawiązywać relacje. Ale na pewno to był też czas, kiedy potwornie sie bałem tego, iż nie potrafię wziąć swego życia w swoje ręce, nie jestem odpowiedzialny za nie. Opierałem swoje życie, zabezpieczenie na rodzicach. Kiedy wchodziłem do wspólnoty, mogłem odkrywać, że jest Bóg, który ma w ręku moje życie i je prowadzi.

Jacek: Atrakcyjność pierwszej oblubienicy – żony – widać od razu. Atrakcyjność oblubienicy jaką jest Kościół – niekoniecznie. Moje pierwsze skojarzenie mogło być kiedyś takie: stara, skulona, nieżyciowa baba. Zanim spotkałem się z tą Oblubienicą bliżej, była dla mnie jak dodatek do kapelusza. Chodziłem na msze tylko po to, by wiedzieć, który ksiądz odprawiał i o czym była Ewangelia, bo mama pytała. W tej perspektywie ta Oblubienica była zupełnie nieatrakcyjna. Natomiast z dzisiejszej perspektywy, kiedy odkrywam bogactwo, jakie Kościół proponuje, dostrzegam, że jest to Oblubienica piękna.

Piotr: Kościół pomógł mi przede wszystkim w odkrywaniu siebie, tego, jakie jest moje miejsce, cel mojego życia. Kiedy usłyszałem Kerygmat: Bóg cię kocha za darmo, ale przede wszystkim daje ci obietnicę, że poprowadzi twoje życie, wtedy Bóg mi pokazywał, że przewidział moje życie od początku świata, że nie jestem człowiekiem bezwartościowym. Tak rozpoczęła się moja przygoda z Panem Bogiem. Poznałem wspólnotę, która wyrwała mnie z mojego świętego spokoju, mogłem wejść w historię mojego życia, w relacje z rodzicami, na które byłem zbuntowany. I to właśnie Kościół pomógł mi odkłamywać tę historię, odkrywać właściwe miejsce mojego taty jako głowy rodziny, jak od początku pomagał mi w tym, żebym stał się  mężczyzną, np. wtedy, kiedy uczył mnie ciężkiej pracy na budowach.  Mogłem dostrzec, że Pan Bóg przewidział najlepszych rodziców, jakich mógłbym mieć; to była rzecz niesamowicie ważna dla odkrycia mojej męskości. Nie czułem się już człowiekiem zaszczutym, który nie wie, co zrobić ze swoim życiem, ale – widząc troskę Pana Boga o mnie w fakcie moich rodziców – mogłem stanąć z poczuciem, że teraz mogę brać życie w swoje ręce. Mogę mieć  pewność, że jest Bóg, który cały czas mnie prowadzi. Miałem to niesamowite szczęście, że mogłem na łonie Kościoła wchodzić w małżeństwo, kiedy wcześniej miałem zupełnie inne wyobrażenie o małżeństwie: wyobrażałem sobie, że żona będzie bardziej mamą, dbającą o moje potrzeby. Ale w Kościele otrzymałem słowo, jak ma wyglądać małżeństwo, jaka jest wola Pana Boga wobec mojego powołania do małżeństwa.

Zdanie na koniec

Jacek: Fajnie jest być facetem. Ale facetem w dobrej relacji z dwiema oblubienicami: żoną i Kościołem. Zachęcam do odwagi wszystkich, którzy w to wątpią, żeby odkrywać te dwie oblubienice. „Jazda” jest niesamowita (śmiech). Niektórzy, szukając emocji, jeżdżą na wczasy na linię frontu czy wspinają się na Kilimandżaro od strony, od której jeszcze nikt nie wchodził. To wszystko to “pikuś” wobec odkrywania relacji z tymi dwiema oblubienicami.

Piotr: To nie jest tak, że nagle stajemy się mężczyznami. To proces, który będzie mnie kształtował do końca  życia. Pierwsza oblubienica – żona – kształtuje mężczyznę. Druga – Kościół – nadaje mojemu, naszemu życiu właściwy kierunek.

Notował

Jaromir Kwiatkowski

okladka_2016_4Tekst ukazał się w numerze 4(s65) dwumiesięcznika “La Salette Posłaniec Matki Bożej Saletyńskiej” z lipca-sierpnia 2016 r.

Na okładce “Posłańca” i na zdjęciu górnym: Gabriela i Piotr Matułowie. Na zdjęciu dolnym: Edyta i Jacek Rybkowie.

Poleć innym!

  • Facebook
  • Twitter
  • Delicious
  • LinkedIn
  • StumbleUpon
  • Add to favorites
  • Email
  • RSS

Dyskusja

Tagi:
Email
Print
WP Socializer Aakash Web