Miłość nie toleruje życia na tzw. próbę

20 listopada 2013 08:51Komentowanie nie jest możliweViews: 820

Darek Rubacha ●

Słowo „konkubinat” ma w języku polskim zabarwienie pejoratywne, choć zjawisko, które opisuje, jest coraz bardziej powszechne. Pod wspólnym dachem mieszkają również coraz częściej narzeczeni przygotowujący się do ślubu kościelnego. Młodzi ludzie, poza chęcią przebywania ze sobą przez jak największą część doby, a także dzielenia trudów i radości codziennego życia jeszcze przed stanięciem na ślubnym kobiercu, mają na względzie kwestie praktyczne. Coraz więcej osób traktuje obecnie mieszkanie „bez ślubu” jak mieszkanie „przed ślubem”.

Swoją decyzję o wspólnym zamieszkaniu argumentują potrzebą „sprawdzenia się”, „poznania się lepiej”, ale wcale nie wykluczają w najbliższym czasie powiedzenia sobie sakramentalnego „tak”. Sytuacja ekonomiczna wielu studentów, pragnienie dopasowania się, przeżycia swego rodzaju symulacji małżeństwa, skłania ich do decyzji, by zamieszkać razem. Są w sobie zakochani, planują wspólne życie i takie zamieszkanie razem jest, według nich, bardzo dobrą okazją, by się lepiej poznać, dopasować, zobaczyć swoje zalety i wady, by nie ujawniły się po ślubie, bo wtedy nie ma już odwrotu. Chyba że rozwód, ale wtedy jest skandal w rodzinie. Są i tacy, którzy wspólne zamieszkanie traktują jako sposób na życie. Nie myślą o ślubie, nie chcą się „sprawdzać”, nie chcą się „wypróbować”, po prostu chcą razem żyć. Nie wszystkich stać na własny kąt, a dzielenie mieszkania z drugą połówką to być może lepszy pomysł niż wprowadzanie się do obcej osoby. To, że wspólne mieszkanie zmienia charakter związku, jest raczej bezdyskusyjne.

Konkubinat równa się życie w grzechu

Jednak dla katolika życie w konkubinacie, życie na tzw. kocią łapę, to życie w grzechu. Generalnie, o dziwo, polskie społeczeństwo nie jest na „nie”, ale pod jednym warunkiem. Że to nie nasze dzieci tak właśnie żyją. Mam świadomość, że poruszając problem konkubinatu wchodzę na grząski i kontrowersyjny grunt. Jednak takie praktyki młodych stają się powszechne w naszym coraz bardziej konsumpcyjnym społeczeństwie, gdzie w imię opacznie pojmowanej wolności ginie sacrum rodziny, małżeństwa i wierności.

Dla Kościoła, nie tylko w Polsce, problem ten jest bardzo trudny. Mamy bowiem do czynienia z nieodwracalną rozłąką z życiem w Kościele. Myślę, że dla złagodzenia i „rozumnego powrotu”, spotykamy się z ładnym zwrotem – związek niesakramentalny. Jest on definiowany jako związek dwojga ludzi, którzy albo nie mogą, albo nie chcą zostać małżeństwem sakramentalnym. Takie osoby nie mogą pójść do spowiedzi i komunii. W niewielkim stopniu tworzone są dla nich duszpasterstwa i w wyjątkowych sytuacjach są one dopuszczane do sakramentów. „Określenie >>wolny związek<< odnosi się do różnych sytuacji, takich jak: konkubinat, odmowa małżeństwa jako takiego, niezdolność do podjęcia trwałych i ostatecznych zobowiązań (por. Jan Paweł II, adhortacja apostolska Familiaris consortio, 81). Wszystkie te sytuacje znieważają godność małżeństwa; niszczą samo pojęcie rodziny; osłabiają znaczenie wierności. Są one sprzeczne z prawem moralnym. Akt płciowy powinien mieć miejsce wyłącznie w małżeństwie; poza nim stanowi zawsze grzech ciężki i wyklucza z Komunii sakramentalnej (KKK 2390).

A przecież Kościół, tak krytykowany za „ograniczanie” wolności swoich wiernych, zmusza do odpowiedzialności. Stawia sprawę jasno i klarownie, wymagając od ludzi czegoś naprawdę trudnego – deklaracji na całe życie. Jednakże przekonuje, że będąc w takim zobowiązaniu zrobimy wszystko, by wyprowadzić małżeństwo z każdego kryzysu. Kościół nie daje recepty na zgodne pożycie „do kresu swych sił”, ale tłumaczy, że prawdziwa miłość dwojga ludzi, zbudowana na fundamencie wiary, przetrwa nawet największe trudności.

Prawo do próby czy do ostatecznego, wzajemnego daru w siebie?

Zastanawiające jest jednak, dlaczego kochający się młodzi, bardzo często z katolickich rodzin, decydują się na taki właśnie krok? Dlaczego takie nieformalne wspólne zamieszkiwanie jest formą i sposobem na życie? Czy rzeczywiście małżeństwo przestaje być obecnie decyzją na całe życie? Czy może jest tak, jak mówi slogan: że na całe życie teraz to jest tylko kredyt mieszkaniowy?

W moim odczuciu, to z jednej strony niezrozumienie zasad, jakimi powinien żyć chrześcijanin; brak właściwego, pociągającego przykładu ze strony rodziców, znajomych – jednym słowem autorytetów, a z drugiej chęć zademonstrowania swojej samodzielności, wolności czy dorosłości wzorowanej na nowoczesnych wzorcach społecznych.

Dla ludzi uważających się za chrześcijan, wierzących i praktykujących, niesakramentalny związek czy wspólne zamieszkiwanie jest grzechem i odstępstwem od obowiązujących naturalnie zasad moralnych. Nie ma życia na próbę! Nie ma próby w imię dobra związku! Czasem „sprawdzenia” wzajemnych uczuć i pełniejszego poznania, a nie wspólnego pomieszkiwania, jest narzeczeństwo. Ślub to początek czegoś nowego, początek wspólnego życia. Ojciec Maciej Sokołowski z Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów  podkreśla, że „mieszkanie przed ślubem pozbawia nas bariery wstydu. Jest rozładowywaniem wstydu przed człowiekiem, który mi jeszcze nie zagwarantował, życiem, ślubem – a tylko deklaracjami, że będzie ze mną”. A co ze sferą fizyczną takiego związku? Wspólne mieszkanie przed ślubem zasadniczo łączy się ze wspólnym spaniem, kochaniem się, współżyciem. Przed ślubem wchodzi się w doświadczenie, że tak naprawdę nie ma znaczenia, czy ten ślub mamy, czy nie. Jest nam dobrze, zatem i ślub nie jest potrzebny.

„Wiele osób zamierzających zawrzeć małżeństwo domaga się dzisiaj swoistego prawa do próby. Bez względu na powagę tego zamiaru ci, którzy podejmują przedmałżeńskie stosunki płciowe, „nie są w stanie zabezpieczyć szczerości i wierności relacji międzyosobowej mężczyzny i kobiety, a zwłaszcza nie mogą ustrzec tego związku przed niestałością pożądania i samowoli” (Kongregacja Nauki Wiary, deklaracja Persona humana, 7). „Zjednoczenie cielesne jest moralnie godziwe jedynie wtedy, gdy wytworzyła się ostateczna wspólnota życia między mężczyzną i kobietą. Miłość ludzka nie toleruje >>próby<<. Domaga się całkowitego i ostatecznego wzajemnego daru z siebie” (por. Jan Paweł II, adhortacja apostolska Familiaris consortio, 80)”. (na oba dokumenty powołuje się KKK 2391)

Kto ma edukować jak nie Kościół?

Rzadko słychać w kościele na mszy św. o tym, by kapłan mówił cokolwiek na temat konkubinatów i wolnych związków. Kto ma edukować tych ludzi, jak nie Kościół? Kto ma przerwać milczenie na temat patologii konkubinatów? Dochodzi nawet do tego, że niektóre kobiety modlą się nowenną pompejańską, aby ich konkubenci nie odchodzili do swoich prawowitych żon. Taka – zerowa – jest wiedza o tym, czym jest życie na tzw. kocią łapę, czym ono grozi. Bez jasnych i jednoznacznych opinii i stanowiska Kościoła nie przekonamy o słuszności sprawdzonych przez wieki norm.

Zdjęcie: by rgbspace, Photoxpress.com

Poleć innym!

  • Facebook
  • Twitter
  • Delicious
  • LinkedIn
  • StumbleUpon
  • Add to favorites
  • Email
  • RSS

Dyskusja

Tagi:
Email
Print
WP Socializer Aakash Web