Mocni w Duchu: Widzimy, jak Bóg porusza ludzkie serca

10 grudnia 2014 15:35Komentowanie nie jest możliweViews: 1678

P1420168Z Ingą Pozorską i Karoliną Barycką-Kozyrą z łódzkiego zespołu Mocni w Duchu, rozmawia Jaromir Kwiatkowski

Historia zespołu Mocni w Duchu jest dość długa, bo biegnie od 1988 r. Jak i kiedy trafiłyście do zespołu?

Inga Pozorska: Do zespołu trafiłam w 1993 r. Moja historia jest o tyle ciekawa, że chodziłam do szkoły muzycznej od dziecka. Kiedy jednak przyszłam do wspólnoty modlitewnej i zobaczyłam, że jest tam także zespół muzyczny, to go… omijałam szerokim łukiem. Nie chciałam być w tym zespole; wydawało mi się, że jestem wezwana do czegoś innego. Stało się jednak inaczej. Kluczowa dla mojego bycia w zespole okazała się postać jego założyciela, śp. o. Józefa Kozłowskiego SJ, który widział w człowieku więcej niż często sam ten człowiek. Któregoś razu podszedł do mnie ze swoim charakterystycznym gestem położenia dłoni na ramieniu i powiedział mi po prostu, że mam przyjść na próbę zespołu. Powiedział to w taki sposób, że poszłam. Dla mnie jest to zabawne działanie Pana Boga, że osoba, która nie chciała być w zespole, od prawie 20 lat jest jego kierownikiem. Drogi Boże są bardzo różne.

Karolina Barycka-Kozyra: Moja droga była taka, że bardzo chciałam i chętnie przyszłam do zespołu. To był 1991 rok. Związane to było z moim pierwszym nawróceniem i zaproszeniem do ewangelizacji.

Co to znaczy „pierwsze nawrócenie”?

KB-K: Na drodze nawrócenia jesteśmy nieustannie. Wydaje mi się, że przez te ponad 20 lat było w moim życiu i pierwsze, i drugie, i trzecie nawrócenie. Ale to pierwsze było związane ze świadomą decyzją wybrania Chrystusa i tym, że to On mnie wybrał. Z porzuceniem dróg i schematów myślenia dotykających ateizm; z zadawaniem sobie różnych pytań życiowych. Wyrosłam w tradycji katolickiej, ale jednak w wieku 17 lat musiałam udzielić sobie osobistej odpowiedzi na pytania, czy Bóg żyje, czy jestem Mu na coś potrzebna, komu w ogóle jestem potrzebna. To były pierwsze pytania i pierwsze odpowiedzi – że Bóg żyje, że naprawdę zmartwychwstał, a skoro tak, to naprawdę można Go spotkać. Ja czegoś takiego doświadczyłam i z tym doświadczeniem, jako młoda dziewczyna, weszłam do zespołu, który formował się jako drużyna ewangelizacyjna. Zaproszenie do włączenia się skierował do mnie o. Józef Kozłowski.

A propos zdania, które wypowiedziała Karolina na końcu. Na Waszej stronie internetowej określacie się właśnie jako „zawodowa drużyna ewangelizacyjna”. Z tej informacji wynika, że jesteście licznym, kilkudziesięcioosobowym zespołem, a kilkuosobowy trzon zespołu jest zatrudniony na etatach, a zatem utrzymuje siebie i swoje rodziny z tej działalności – rekolekcji, koncertów, warsztatów muzycznych i tanecznych oraz dużych spotkań halowych lub plenerowych.

IP: To też był zamysł o. Kozłowskiego, który wyniknął z potrzeby. Jeszcze za jego życia (zmarł w 2003 r. – przyp. JK) ja, jako kierownik zespołu, po ukończeniu studiów muzycznych podejmowałam różne prace, a tutaj miałam posługiwać dodatkowo. Okazało się, że takiej ilości wyjazdów nie da się połączyć z żadną pracą. Próbowałam pracować w szkole, przedszkolu, szkole prywatnej, ale – jak kiedyś podliczyliśmy – ponad pół roku nie ma nas w Łodzi. Tak więc takie połączenie jest niemożliwe; musiałabym mieć chyba – mówiąc żartobliwie – firmę chałupniczą i robić na drutach.  O. Kozłowski był pierwszym człowiekiem, który zobaczył, że skoro ewangelizacja ma taki wymiar, to oni jako jezuici muszą stworzyć takie możliwości,  by człowiek, który rzeczywiście chciałby oddać życie tej służbie, mógł to zrobić.

Czyli zauważył, że nie można ewangelizować „na pół gwizdka”, z doskoku itp.

IP: Można. Mamy przecież w zespole liczne grono wolontariuszy. Ale trzon to muszą być ludzie, którzy będą mieli co włożyć do garnka, będąc cały czas w drodze. Dla mnie była to myśl wykraczająca poza tamte czasy, a było to przecież wiele lat temu.

Sądzę, że ta myśl wykracza nawet poza obecny czas. Tym bardziej, że kilka osób utrzymuje się z działalności, która jest czymś więcej niż typowa praca zawodowa – jest misją.

KB-K: Trzeba też powiedzieć, że w założeniach nigdy nie było pomysłu, że tworzy się etaty, w których ramach coś się robi. Wręcz przeciwnie, u źródeł było wezwanie do ewangelizacji. Ale o. Józef profetycznie założył, że będzie dużo ludzi, którym trzeba będzie zanieść Dobrą Nowinę w sposób jak najbardziej profesjonalny i charyzmatyczny. Stąd stworzone zostały warunki dla nas, żebyśmy mogli to robić, a jednocześnie utrzymać rodziny. W dodatku Pan Bóg tak na to odpowiada, że mamy zaproszenia, czyli pracę, na lata do przodu. O ile wiem, teraz jest wypełniany kalendarz naszych wyjazdów na 2017 rok, co jest rzadkością nawet w przypadku bardzo medialnych gwiazd.

W tekście, w którym przedstawiacie się na Waszej stronie internetowej, zaciekawiło mnie jeszcze zdanie: „Naszą duchowością jest połączenie duchowości ignacjańskiej z duchowością charyzmatyczną”. Rozumiem, że jezuici i Odnowa w Duchu Świętym to dwa środowiska w Kościele, które są Wam najbliższe.

IP: To jest fantastyczne połączenie, którego dokonał o. Kozłowski. Duchowość ignacjańska jest bardzo uporządkowana i nazywa rzeczy po imieniu w świecie ducha. Na tę rzeczywistość o. Kozłowski nałożył działanie Ducha Świętego, charyzmatyczne doświadczenie. Mamy więc połączenie spontaniczności Ducha Świętego z rozeznawaniem. Często słyszało i słyszy się, że Odnowa w Duchu Świętym to emocje. Na pewno nie można tego powiedzieć o Odnowie łódzkiej, gdzie bardzo mocnym elementem jest zakorzenienie w rozeznawaniu, nazywaniu rzeczy, zatrzymaniu się, refleksji. To zawdzięczamy duchowości ignacjańskiej. Można rzec, że to salomonowe połączenie…

KB-K: …i bardzo pociągające. Kiedy rozpoczynałam swą drogę duchową i trafiłam do wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym, prowadzonej już w duchu ignacjańskim, to jedną z najbardziej pociągających rzeczy było uporządkowanie i kierownictwo duchowe w duchowości ignacjańskiej. Czasem zadaję sobie pytanie, co mnie tu bardziej pociąga: charyzmatyczność Odnowy czy ignacjańska logika, porządek. Nawet nie wiem, czy czasami nie zwycięży we mnie ignacjańska duchowość. Innej Odnowy w sumie nie znam, chociaż jeździmy i mamy przyjacielski kontakt z różnymi grupami w całej Polsce. Ale ta nasza, z ingacjańską formułą, to duży dar.

Jakie przesłanie chcecie przekazać uczestnikom Waszych rekolekcji czy koncertów? 

IP: Moim zdaniem, kluczowe jest to, że robimy to, co Bóg chce, byśmy robili.  Jeśli odpowiadamy na Jego pragnienie, to we wszystkim, co robimy – w śpiewie, grze, animacji gestem, homiliach i świadectwach – jest działanie Boga. To On porusza serca. Można by powiedzieć żartobliwie, że moglibyśmy „stanąć na uszach” pod każdym względem, lecz gdyby w tym nie było Boga, to nikt by drugi raz nie przyszedł. Jeśli podczas spotkania z nami zostaje poruszone czyjeś serce, jeśli ten człowiek zostaje napełniony nadzieją, otwierają mu się oczy, jeśli przychodzi zgnębiony i wychodzi z myślą: dam radę, to jest to największy cud na świecie. Człowiek wtedy ma siłę, by żyć. I jeszcze w dodatku zaczyna odkrywać, że Tym, który go napełnia nadzieją, jest Bóg. Chodzi tu o fundamentalne sprawy. O to, by człowiek odkrywał w sobie pragnienie życia, radość życia, przekonanie: dam radę, jest Bóg, nie jestem sam.

KB-K: To, co powiedziała Inga, jest bardzo „zapalające”. Ktoś niesie ze mną, a czasami nawet za mnie, mój ciężar. Ktoś większy ode mnie, mądrzejszy, a poza tym Ten, który zwyciężył. Nie muszę boksować się, walczyć z wiatrakami, jest bowiem Dobra Nowina. Wczoraj posługiwaliśmy na kilku mszach. Pomyślałam sobie: Panie, spodobało Ci się głupstwo głoszenia Słowa. Ten przeczyta Słowo wyraźnie, tamten niezrozumiale, inny włoży w to czytanie całe swoje serce, ktoś słucha zaspany, inny coś tam usłyszy. Takie ryzyko podjął Bóg. Dla człowieka, dla nas.

Nie odgrywamy ról. Świadectwa, którymi się dzielimy, słowa, które piszemy i śpiewamy, czy to o. Józefa Kozłowskiego, czy nasze własne, to są prawdziwe historie, które czasami powstają po kilka lat jako wyraz naszych osobistych przeżyć, także uwolnienia i uzdrowienia. W nasze pieśni wpisane jest nasze doświadczenie, a później okazuje się, że ludzie je śpiewają, zanoszą do swojego domu czy pracy, nucą jadąc autobusem czy tramwajem, i że to jest ich modlitwa.

Czy są takie spotkania z uczestnikami Waszych rekolekcji czy koncertów, które zapamiętałyście szczególnie? Ich reakcje, świadectwa?

IP: Takich świadectw jest bardzo dużo i dziękuję Bogu, że On daje nam ich dotknąć. Kilka dni temu prowadziliśmy rekolekcje w parafii pod Warszawą, m.in. także dla dzieci. Podeszło do nas kilka matek, mówiąc, że nie poznają swoich dzieci, których raz w tygodniu nie można było wyciągnąć do kościoła, a teraz kazały odwołać wszystkie zajęcia popołudniowe, bo idą na rekolekcje. To jest dla mnie bardzo ważna rzecz: że nasza służba porusza także i dzieci. Podszedł też do mnie na tych rekolekcjach mężczyzna, który opowiedział mi niesamowicie trudną historię grzechu, w którym tkwi i ukrywa go przed żoną i dzieckiem. Ze łzami w oczach powiedział mi, że był u spowiedzi  i ma mocne postanowienie poprawy. Widać było, że – mówiąc językiem duchowym – ten człowiek „narodził się na nowo”, zdecydował, że nie może nadal prowadzić podwójnego życia. Powiedziałam mu, że będę się modlić, by dał radę i by przestał okłamywać rodzinę. On nie tylko uświadomił sobie swój grzech, ale było w nim także wielkie pragnienie zerwania z dotychczasowym życiem. Dużo mamy takich świadectw. Dla mnie znakiem tego, że Bóg poruszył czyjeś serce, jest blask w oczach tej osoby. Ci ludzie zaczynają się cieszyć, że żyją. Oni określają to tak jak potrafią, a ja wiem, że tak naprawdę to Bóg wlał w ich serce nadzieję.

KB-K: Opowiem o obrazie z tego roku, kiedy posługiwaliśmy podczas czuwania Odnowy w Duchu Świętym na Jasnej Górze. 100 tys. osób stało w ulewnym deszczu. Naszą misją, zadaniem było to, żeby pod tymi parasolami, w mokrych płaszczach, nie „impregnowali” się na Ducha Świętego, tylko na Niego się otworzyli. Być może to On przychodzi w tym deszczu. Ale w zziębniętym, zmokniętym człowieku trzeba obudzić to, by pod tym mokrym płaszczem biło zdrowe, żywe serce, które chce się modlić, chce usłyszeć Dobrą Nowinę. Tak graliśmy i widziałam taniec tych ludzi, młodszych i starszych. To było dla mnie bardzo poruszające.

W moim życiu muzyka, także jeszcze przed momentem świadomego wybrania Chrystusa, miała wielkie znaczenie. Ale docierała do mnie w taki sposób, że „zabijała” mnie, gasiła moją nadzieję jako bardzo młodej dziewczyny i zapraszała mnie w takie kręgi, w których pojawiały się myśli autodestrukcyjne. Wiem, jaką rolę w życiu człowieka, w jego samotności, pełni głos profetyczny, głos proroka. Żeby ten głos był szczery, wrażliwy i prawdziwy, dobrze by było, by artyści służyli Panu, głosili Dobrą Nowinę. On błogosławi temu i widzę to w świadectwach ludzi, którzy mówią, że nagrana przez nas pieśń staje się dla nich modlitwą, że kogoś ratuje. Tyle jest w mediach głosów fałszywych proroków, odbierających nadzieję.  Pięknie to robią. Ale świat należy do Ducha Świętego i Dobrej Nowiny.

Inga Pozorska jest kierownikiem zespołu Mocni w Duchu; gra też na instrumentach klawiszowych i śpiewa.

Karolina Barycka Kozyra jest solistką zespołu Mocni w Duchu.

Zespół Mocni w Duchu, wraz ze swoim opiekunem duchowym – o. Remigiuszem Recławem SJ, w dniach 7-9 grudnia br. prowadził rekolekcje adwentowe w parafii św. Stanisława w Boguchwale k. Rzeszowa.

Więcej o zespole Mocni w Duchu czytaj na stronie mocni.jezuici.plP1420151P1420159P1420170P1420183P1420191

Zdjęcia: podczas niedzielnego koncertu zespołu Mocni w Duchu w Boguchwale.

Fot. Renata Kwiatkowska

Poleć innym!

  • Facebook
  • Twitter
  • Delicious
  • LinkedIn
  • StumbleUpon
  • Add to favorites
  • Email
  • RSS

Dyskusja

Tagi:
Email
Print
WP Socializer Aakash Web